Mniej PC, więcej karcianek i planszówek?!

Chyba się starzeję… Gry komputerowe powoli przestają mnie bawić tak dobrze jak robiły to jeszcze 3-4 lata temu. Do tego dzieciaki rosną jak na drożdżach i obecnie musimy z żoną mocno pilnować, by nie spędzały za dużo czasu przed ekranem monitora czy telewizora (a najlepiej wcale). Zadanie to nie jest łatwe, szczególnie że sami od ponad dekady pracujemy w branży gier. Ale jest jak najbardziej wykonalne, bo udało się nam znaleźć dla dzieci atrakcyjną dla nich alternatywę wobec bajek czy YouTube’a. Alternatywę, która odrywa je od ekranu i wypełnia im czas, pozwalając cieszyć się z dłuższego zaangażowania w wykonywaną czynność. Odskocznią od odmóżdżającego oglądania tego czy owego stał się dla nich zabawy, które przy okazji zmuszają dzieci do logicznego myślenia i sprzyjają ich rozwojowi intelektualnemu, a często także emocjonalnemu.

W naszym przypadku takim własnie pożytecznym zajęciem stanowią od pewnego czasu gry planszowe. Sam „za dzieciaka” zagrywałem się po nocach w Magię i miecz oraz inne planszówki i karcianki, dlatego też postanowiłem spróbować namówić dzieci do odklejenia twarzy od monitora z Minecraftem (jakkolwiek jednak dumny jestem z ich dokonań w trybie kreatywnym) i zacząłem je powoli oswajać z grami karcianymi. Zaczęło się od starszej córki, z którą spontanicznie wybraliśmy się do mieszczącej się „tuż za rogiem” siedziby sklepu OnProject, by zakupić dwie talie kart do gry.

Na pierwszy ogień poszło makao. Moja siedmioletnia córka reguły pojęła po 6-7 partiach zagranych ze mną w otwarte karty (po obu stronach), by po zaledwie kilku dniach regularnego grania po 5-10 partii dziennie zacząć okazjonalnie wygrywać. Po tygodniu grała ze mną jak równy z równym, a po dwóch przebiegła mi przez głowę myśl „Stworzyłem potwora!” ;) Młoda zaczęła chłodno kalkulować kiedy zagrać mocną kartę, a kiedy odpuścić sobie atak i zaryzykować, dobierając kartę ze stosiku, zostawiając tym samym najmocniejsze karty na sam koniec rozgrywki. Zaczęła też grać szybkie partyjki w otwarte karty ze swoją (młodszą od niej o dwa lata) siostrą, obszernie tłumacząc jej zasady makao – zupełnie tak jak, miesiąc czy półtora temu ja tłumaczyłem jej. Obecnie powrót Oli ze szkoły oznacza zdjęcie butów, kurtki i czego tam jeszcze, mycie rąk i bieg do stołu, by rozłożyć karty. Dwie-trzy partyjki, odrabia lekcje, i gramy dalej – nie ma lekko :)

Druga w kolejności była kanasta. Szmat czasu temu w mojej rodzinie istniała tradycja weekendowych partii kanasty, co oznaczało spotkania całej rodziny. Dziadkowie w niemal wszystkie sobotnie i niedzielne przedpołudnia grywali w kanastę z moją mamą, a czasem także i ze mną. Z perspektywy czasu – babci i dziadka już od dawna z nami nie ma – bardzo mocno doceniam wartość tych spotkań. Trzy pokolenia rodziny przy jednym stole, grające niby na punkty i przeciwko sobie, ale de facto wspólnie ze sobą, to była piękna sprawa i jedno z milszych wspomnień jakie posiadam z dzieciństwa. Kanasta to gra powolna, tempo rozgrywki jest wręcz „piknikowe”. Trzeba trochę pogłówkować (zapamiętywać jakie kolory zbiera przeciwnik – tak by mu ich nie podrzucać), układać karty w dłoni i planować co oraz kiedy wyłożyć. Jeśli ktoś nie zna zasad tej gry, to spieszę wyjaśnić, iż jest to dość rozbudowana gra karciana, rozgrywana dwiema taliami, która polega na układaniu sekwensów kart w wieloelementowe ciągi (np. 3-4-5-6-7-8-9-10-walet-dama itd.), które następne wykłada się na stół. Dopiero wtedy taki ciąg zaczyna dla nas punktować. Celem końcowym jest wyłożenie jak największej ilości kanast (czyli ciągów złożonych z minimum 7 kart) i pozbycie się wszystkich kart z dłoni. Kto na koniec rozgrywki zostaje z kartami w dłoni, ten „dodatkowo” zbiera karne punkty.

Mojej siedmiolatce kanasta nie”podeszła” od razu. Partię rozpoczyna się z aż 15 kartami w ręku, a dziecku utrzymać w dłoni tyle kart jest po prostu trudno. Momentami w reku można mieć nawet grubo ponad 20 kart, a to już potężny demotywator dla młodego adepta tej karcianki. Cóż, zaczęliśmy grać w otwarte karty. Podpowiadałem jej do czego powinna zbierać, a czego się pozbywać, by nie ułatwić mi gry. Powoli, stopniowo, zaczęła łapać zasady i obecnie gra idzie nam całkiem płynnie, a Ola polubiła kanastę. Myślę, że przed nami jeszcze sporo sesji z kartami w dłoniach :)

Po oswojeniu się z grami karcianymi przeskoczyliśmy planszówki i im pokrewne. I, kurczę, zajawka wcale nas nie puszcza. Tutaj do mnie i Oli dołączyła też Lidka, która bardzo mocno stara się zrozumieć zasady ogrywanych przez nas planszówek i bardzo wczuwa się w rozgrywkę. Zauważam też, że dziewczynki zaczynają sympatyzować z bohaterami gier i obdarzają ich uczuciami oraz bardzo serio podchodzą do rozgrywki. Przykładem niech będzie jeden z kotów w Kotobiryncie, którego widok  – a jest to smutny, głodny rudy kotek ze szkieletem ryby w łapkach – doprowadził Olę do cichego chlipania ze współczucia. Gdy tylko ten konkretny kot pojawił się w grze, moje córy natychmiast umówiły się, że koniecznie w pierwszej kolejności to właśnie jemu muszą pomóc. Momentalnie przestały rywalizować i połączyły siły, by jak najszybciej przeprowadzić kota do opiekuna. Jestem z nich naprawdę dumny!

I tak to powoli wkręcamy się w rodzinne (najczęściej we dwójkę/trójkę, rzadziej w komplecie) granie w planszówki, rezygnujemy z komputera i bajek na rzecz coraz częstszego wspólnego spędzania czasu przy stole, na którym leżą kostki, karty i kafelki. I myślę, że w niedługim czasie pokusimy się nawet o kilka recenzji rodzinnych gier planszowych.

Comments are closed.

Proudly powered by WordPress | Theme: Baskerville 2 by Anders Noren.

Up ↑

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

OK